Może właśnie pojęcia swoistości, wyjątkowości i różnicy są tutaj ważniejsze, niż wskazywanie na jakieś zespoły współdzielonych cech.
Gdy na wystawie przedstawiana jest twórczość kilkunastu artystów, wówczas często pojawia się potrzeba dokonania jakichś uporządkowań i zestawień, które pozwoliłyby na uogólniające konkluzje. W przypadku czternastu malarzy, reprezentujących środowisko pedagogów Wydziału Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, zadanie to wydaje się relatywnie proste – w końcu niemożliwe jest, aby osoby, które od wielu lat spotykają się w tym samym budynku, często razem przebywają i wystawiają, choćby podświadomie nawzajem siebie nie inspirowały. Te same artystyczne korzenie (wszyscy są absolwentami rzeczonego Wydziału Malarstwa), oraz bezpośrednie kontakty musiały pozostawić jakieś rozpoznawalne ślady, ułatwiające tropienie wspólnych cech „warszawskiej szkoły malarstwa”. Takim właśnie myśleniem, skierowanym na szukanie współdzielonych artystycznych pierwiastków, żywi się klasyczna historia sztuki, która, jak stwierdził to jeden z badaczy, „poczęła się z prostego stwierdzenia podobieństwa dzieł”. Na wystawie nitki splatające się w sieć międzyobrazowych powiązań można by rozpiąć między dwoma bardzo ogólnymi tematycznymi zagadnieniami: przyrodą i człowiekiem. I tak motyw lasu, wręcz rysunkowo potraktowany przez Wiesława Szamborskiego w obrazie „Bagienko wiosenne”, prowadzi nas dalej ku „Brzozom” Janusza Knorowskiego. Ich syntetyczność zdaje się być następnie rozwijana w dwóch kierunkach: abstrakcyjnym- seria obrazów bez tytułu Wojciecha Zubali, oraz ornamentalnym czy znakowym – cykle „Kwiatów” Tomasza Milanowskiego, „Motywów” Andrzeja Rysińskiego, oraz „Muchozoli” Czesława Radzkiego. Także w klasycznym temacie pejzażu rozpościera się przed nami wielość interpretacyjnych ujęć od niespokojnego obrazu „Ocean, brzeg…” Szamborskiego, poprzez purystyczne wizje Artura Winiarskiego („…Tutaj nie istnieje pytanie dlaczego…”) i Antoniego Starowieyskiego, aż po niemal abstrakcyjne płótna Krzysztofa Wachowiaka („Morze”) oraz Stanisława Baja („Rzeka Bug”). Ten ostatni artysta prezentuje również kilka niezwykle osobistych portretów, które mogą stanowić punkt wyjścia dla rozwinięcia drugiego obok przyrody motywu obecnego na wystawie, to znaczy ludzkiej postaci. Wydaje się, że w figuratywnych ujęciach dominuje swoisty egzystencjalny pierwiastek szczególnie widoczny czy to w trawestacjach malarstwa Caravaggia dokonywanych przez Wojciecha Cieśniewskiego, czy w oszczędnych, prowadzących aż do negatywowej redukcji, sylwetkach malowanych przez Ryszarda Sekułę. Z kolei ludzie na obrazach Jarosława Modzelewskiego sprawiają wrażenie jedynie niemego sztafażu, jakże dobitnie kontrastującego z retoryczną siłą osób portretowanych przez Krzysztofa Wachowiaka, a zwłaszcza z rozgadanymi w groteskowych zestawieniach postaciami Piotra Wachowskiego.
Powyższe zestawienia oczywiście nie wskazują relacji pierwszeństwa, inspiracji czy naśladownictwa, raczej są próbą uporządkowania bogatego materiału wizualnego, w oparciu o ikonograficzne wątki, dodajmy, próbą ani nie jedyną możliwą, ani tym bardziej niewyczerpującą potencjału wystawy. W rzeczywistości można przeprowadzić również wiele innych zaszeregowań, stosując przy tym najróżniejsze kryteria, począwszy od czysto historycznych pracownianych zależności (kto u kogo studiował, tudzież w jakiej pracowni był/jest asystentem), a na wybranych aspektach warsztatowych skończywszy.
Można też przedstawić artystów i ich obrazy tak, jak jest to czynione w niniejszym katalogu, to znaczy według kolejności alfabetycznej, i paradoksalnie wydaje mi się, że właśnie takie zestawienie jest najodpowiedniejsze. Jego w pełni zobiektywizowany, sprawiedliwy charakter pozwala bowiem skoncentrować się indywidualnie na każdym artyście, i jednocześnie utrzymać tożsamość poszczególnych dzieł, zwykle gubioną w międzyobrazowych grach, zestawieniach i porównaniach. Innymi słowy, najpierw należałoby podążyć za Heideggerowskim rudymentarnym stwierdzeniem, że „obraz jest” i próbować zmierzyć się z istotą każdego przedstawienia z osobna, a później ewentualnie skierować się ku uogólnieniom, choć tych ostatnich zbytnio bym nie przeceniał. Może właśnie pojęcia swoistości, wyjątkowości i różnicy są tutaj ważniejsze, niż wskazywanie na jakieś zespoły współdzielonych cech.
